Pan Jezus wyrzeka się wspólnoty serc
(…)
Ostatnim dniem ziemskiego obcowania Jezusa i Maryi był dzień godów weselnych w Kanie. Ale już wówczas coś zostało odjęte z owej szczęsnej bliskości, gdyż nie żyli już po prostu jedno dla drugiego, ale ukazali się publicznie i po raz pierwszy zajęli miejsce w wyznaczonym przez Opatrzność cyklu wydarzeń, który właśnie się zaczynał. On objawił chwałę swoją pierwszym dokonanym przez siebie cudem, a również Jej chwałę – czyniąc Jej wstawiennictwo narzędziem owego cudu. Nawet jeszcze bardziej Ją uczcił – rozłamując ze względu na Nią wyznaczony porządek wydarzeń i, chociaż czas Jego cudów jeszcze nie nadszedł, przyśpieszając go na Jej prośbę. Ale właśnie dokonując tego cudu pożegnał się z Nią słowami: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto?”. W ten sposób rozstał się z Nią zupełnie, chociaż rozstał się z błogosławieństwem. Było to wyjście z raju w słabość i samotność.
W istocie bowiem trzeba było, aby On, który miał być prawdziwym Arcykapłanem, stał się, podczas wypełniania posłannictwa ważnego dla całego rodu ludzkiego, wolny od wszelkich więzów ludzkich i uczuć wynikających z pokrewieństwa. I jedną z przyczyn Jego długiego pobytu w Nazarecie u boku Matki mogło być to, aby okazał, iż tak jak wyrzekł się swego Ojca i swej własnej chwały na wysokości, aby stać się człowiekiem, podobnie wyrzekł się niewinnych i czystych radości swego ziemskiego domu, aby stać się Kapłanem. Podobnie o Melchizedeku z czasów dawnych mówi się, że nie miał ojca ani matki. Podobnie też Lewici okazywali się naprawdę godni sprawowania urzędu kapłańskiego i stali się kapłańskim plemieniem, ponieważ obwarowali się przeciw naturalnym więzom, mówili ojcu i matce: „Nie znam was” i potrafili dobyć miecza przeciw własnym krewnym, kiedy cześć Pana zastępów wymagała takiej ofiary. W podobnym sensie Pan Jezus powiedział do Maryi: „Czyż to moja lub Twoja sprawa?”. Był to już zarys ofiary, pierwszy rytualny czyn wielkiego aktu, który miał być uroczyście dokonany dla zbawienia świata. Quid mihi et tibi, mulier? – rozbrzmiewa w ofertorium przed ofiarowaniem Hostii. Jezu, Ty, który dla mnie wyrzekłeś się swej Matki, udziel mi tej łaski, abym umiał pogodnie wyrzec się wszystkich ziemskich przyjaciół i krewnych dla Ciebie.
(…)
Zatrzymajmy się jeszcze chwilę przy Maryi – zanim pójdziemy śladami Jej Syna, naszego Pana. Zdarzyło się kiedyś , że odmówił On pozwolenia komuś, kto mając pójść za Nim, pragnął pożegnać swą rodzinę; i niemal takie właśnie, mogłoby się wydawać, było Jego postępowanie wobec własnej Matki; ale czyż będzie On niezadowolony, jeśli na chwilę zatrzymamy się przy Niej, chociaż nasza medytacja dotyczy Jego? O Maryjo, oddani jesteśmy Twoim siedmiu mieczom, ale czy to właśnie, chociaż nie zaliczane do nich, nie było jedną z największych boleści i czy nie zawierało już tych, które miały potem nastąpić, jako że z góry o nich wiedziałaś? Jakże zniosłaś tę pierwszą rozłąkę z Nim? Jak upłynęły te pierwsze dni, kiedy byłaś opuszczona? Gdzie się wówczas ukryłaś? Gdzie spędziłaś długie trzy lata , a nawet więcej, podczas których On wypełniał swoje posłannictwo? Jeden raz – na samym początku tego okresu – usiłowałaś zbliżyć się do Niego, a potem już nic nie słyszymy o Tobie, dopóki nie znajdziemy Cię stojącej u stóp Jego krzyża. A potem, po owej wielkiej radości widzenia Go znowu i po dostąpieniu trwałej pociechy, która już nigdy nie miała być Jej odjęta, że dla Niego skończyły się wszystkie cierpienia i upokorzenia i że już nigdy nie będzie musiała płakać nad Nim, została jednak bez Niego na wiele lat, które miała przeżyć w życiu doczesnym, otoczona przez niedobry świat, w niedoli Jego nieobecności.
Błogosławiona Maryja cierpiała, wśród innych swoich smutków, nad utratą Syna, który przedtem mieszkał z Nią pod tym samym dachem przez trzydzieści lat. Kiedy miał nie więcej niż dwanaście lat, dał Jej pierwszy znak tego, czym miał być, mówiąc: „Nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co jest Ojca mego?”. A gdy nadszedł czas, że zaczął dokonywać cudów, powiedział do Niej: „Czyż to moja lub Twoja sprawa?” – Cóż mamy wspólnego, my, dwoje? – a niebawem Ją opuścił. Pewnego razu starała się Go zobaczyć, ale nadaremnie, bo nie mogła dotrzeć do Niego z powodu tłumu, a On nie uczynił żadnego wysiłku, żeby Ją przyjąć, ani nie powiedział żadnego tkliwego słowa; a potem, na końcu, jeszcze raz starała się Go zobaczyć i dotarła do Niego na czas, aby ujrzeć, jak wisiał na krzyżu i umierał. Tylko przez czterdzieści dni przebywał na ziemi po Zmartwychwstaniu, a potem pozostawił Ją w starości, aby przeżyła resztę życia bez Niego. Porównajcie Jej szczęśliwe trzydzieści lat i to późniejsze opuszczenie.
Widzę Ją w osamotnionym domu, podczas gdy Jej Syn i Pan we wszystkie strony przemierza kraj i nie ma gdzie głowy skłonić, cierpiącą zarówno z powodu swego opuszczenia, jak i dlatego, iż On jest narażony na tyle niebezpieczeństw. Jakże smutno upływał dzień; a potem nadchodziły wieści, że grozi Mu jakieś niebezpieczeństwo albo że ma jakieś kłopoty. Słyszała może o tym, że zawiedziony był na pustynię, aby był kuszony. Chciałaby dzielić wszystkie Jego cierpienia, ale zostało Jej to zabronione. Raz rozeszła się bluźniercza wieść, której wielu uwierzyło, że On oszalał, i wtedy wielu Jego przyjaciół i krewnych poszło, żeby Nim zawładnąć. Też tam poszła, żeby Go zobaczyć, i usiłowała się do Niego dostać. Nie zdołała jednak przecisnąć się przez tłum. Doniesiono Mu tym, ale nie uczynił żadnego wysiłku, żeby Ją przyjąć, ani nie powiedział żadnego czułego słowa. Wróciła do domu rozczarowana, nie zobaczywszy Go. I tak pozostała, być może w towarzystwie tych, którzy nie wierzyli w Niego.
Widzę Ją również po Jego Wniebowstąpieniu. To też jest czas opuszczenia, ale jednak i pociechy. Jeszcze pora półmroku, ale już nie pora bólu. Pan był daleki, ale nie był już na ziemi, nie cierpiał. Śmierć nie miała już żadnej nad Nim władzy. I przychodził do Niej każdego dnia w świętej Ofierze. Widzę Maryję podczas Mszy – św. Jan Mszę odprawia. Czeka na chwilę obecności Syna, teraz obcuje z Nim w świętym obrzędzie; jakże to mam wyrazić? Oto Ona przyjmuje Tego, którego niegdyś urodziła.
O święta Matko, stój przy mnie teraz podczas Mszy, kiedy Chrystus do mnie przychodzi, tak jak usługiwałaś swemu Panu w Jego dzieciństwie, tak jak z uwagą wysłuchiwałaś wszystkich Jego słów, kiedy dorastał, tak jak stałaś pod Jego krzyżem. Stój przy mnie, święta Matko, abym mógł osiągnąć choć trochę Twojej czystości, Twojej niewinności, Twojej wiary i aby On był jedynym przedmiotem mojej miłości i mojego uwielbienia, tak jak był dla Ciebie.
(John Henry Newman, Rozmyślania i modlitwy. Sen Geroncjusza, IW Pax Warszawa 1985, ss. 23, 26-27, 29-31)




